Grupa naTemat

Antek Kali Macierewicz

Prawdę mówiąc, w ogóle mnie nie ekscytuje przeszłość pana Cieszewskiego, leśnika z uczelni w stanie Georgia, to czy był on agentem czy nie. Ale informacje zdobyte przez Tomasza Sekielskiego uznaję za ważne, bo bardzo dużo mi mówią reakcje na te wieści.

Informacje o przeszłości pana Cieszewskiego mnie nie interesują, bo wyobrażam sobie, że mógłby być genialnym ekspertem od wyjaśnienia przyczyn wypadków lotniczych będąc agentem, tak jak może być totalnym ignorantem agentem nie będąc.

Jako ekspert pan "Piu miu" Cieszewski, odkrywając, że 10 kwietnia w Smoleńsku brzozy nie było, okazał się zabawnym fantastą i cała reszta, w tym szczegóły jego flirtu z SB, są dla mnie doskonale nieważne.

Ale wiadomość podana przez Tomasza Sekielskiego odkryła wiele, dokładniej, bardzo wiele odkryły reakcje na nią. Pan Antoni Macierewicz uznał, że Sekielski wszystko zmanipulował, jego materiał był obrzydliwy i nie tylko w oczach pana Antoniego nie wzbudził wątpliwości, ale pogłębił jego zaufanie do rzeczonego Cieszewskiego.

Sekielskiego zaatakowano też na prawicowych portalach, że zmanipulował, obrzydliwie zmanipulował, czego robić nie powinien.

Mamy tu nową definicję lustracji, zaufania i manipulacji. Jeśli pojawiają się materiały teoretycznie kompromitujące wroga PIS-u, to są z założenia wiarygodne. Jeśli pojawiają się informacje dotyczące stronnika PIS-u, a szczególnie pana Macierewicza, to są niewiarygodne.

Jeśli są jakieś papiery na przedstawiciela salonu, autorytetów, zwolennika partii innej niż PIS, to budzą one zaufanie. Jeśli dotyczą zwolennika PIS-u i teorii zamachowej, to są z założenia fałszywe i nie tylko nie podważają zaufania do tej osoby, ale je pogłębiają.

Lustracja jest dobra, gdy my lustrujemy, lustracja jest zła i jest manipulacją, gdy lustrują naszych. Oczywistą oczywistością jest więc to, że lustracja nie jest żadnym narzędziem oczyszczania życia publicznego, jest wyłącznie narzędziem kompromitowania i eliminowania wrogów.

Lustrator prawicowy działa jak Kali. Ja lustrować to dobrze. Lustrować moich ludzi to źle. Kalizm absolutny.

Niejaka pani Kania z "Gazety Polskiej" popełniła właśnie dziełko o resortowych dzieciach. Wśród resortowych dziennikarskich dzieci, dzieci SB-ków, policmajstrów i wstrętnych komuchów jestem, dowiedziałem się, także ja. Nie bardzo wiedziałem na początku o jaki resort idzie, bo mój ojciec, jako inżynier zootechnik, podpada chyba pod resort rolnictwa. Ale okazało się, że był on prominentnym działaczem partyjnym.

Mój ojciec najpierw miał być generałem ze Śląskiego Okręgu Wojskowego, co dowodziłoby moich komuszych poglądów, bo jak wiadomo wspierałem zawsze KPP, PPR, PZPR i SLD. Okazało się jednak, że to nie ten Lis. A więc trzeba było spróbować czegoś innego. Pani Kania odkryła, że mój ojciec był "prominentnym działaczem partyjnym". Cóż, cholera, działaczem też nie był. Był, owszem w PZPR, podobnie jak wielu niepokornych, ale działaczem nie tylko nie był, ale gdy mu coś takiego zaproponowano, kategorycznie odmówił.

Piszę o tym wyłącznie dlatego, że - co bardzo mnie zdziwiło - wśród resortowych dzieci pani Kania nie umieściła kilku niepokornych, których przodkowie resortowi, osławionemu Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, z całego serca pomagali. I naprawdę przodkowie ci mieli wielkie zasługi w wykańczaniu, literalnie, polskich patriotów.

Nie wymieniam ich nazwisk, bo uważam, że jak ktoś jest zwolennikiem PIS-u czy niepokornym, to jest jego święte prawo. Ale wiązanie tego z jakimiś przodkami jest całkowitym nonsensem. Człowiek ma takie poglądy i tyle. Jego sprawa.

Teza o resortowych dzieciach służy oczywiście udowodnieniu, że pewni "wrogowie ludu" są genetycznie naznaczeni. Oni się po prostu urodzili zwolennikami komuchów, Komoruskich, Millerów i Tusków. Ale co z tymi, co mieli ojców w MBP i nie komuszą? Ich ta genetyczna przypadłość nie dotknęła. Może pani Kania napisze o tym i o owym, że katowali patriotów z AK i z WIN, a jednak ich dzieci są porządne. Oddajmy chwałę dzieciom, które złamały prawa genetyki pani Doroto, tym większa ich chwała.

Pan Macierewicz stwierdza, że pan Cieszewski agentem nie był. On to wie. Z całkowitą pewnością. Dokładnie z taką samą pewnością, z jaką 21 lat temu ogłosił światu, że współpracownikiem służb był profesor Wiesław Chrzanowski. Profesor Chrzanowski był wspaniałą postacią. Żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, potem lata spędzone w stalinowskim więzieniu, a potem kolejne lata komunistycznych represji.

Miał jednak Chrzanowski wielką wadę. Był liderem ZChN, czyli pełnił dokładnie tę funkcję, którą chciał pełnić pan Antek. Okazał się więc agentem. Zanim sąd stwierdził, że żadnym agentem nie był, pan Antek zdążył jednak wylać tę wspaniałą postać hektolitry pomyj.

To właściwie cała historia o polskiej lustracji. Chrzanowski agentem, Cieszewski bohaterem walki z SB. Nic dodać, nic ująć. Pointa do operacji lustracyjnej napisała się sama. Sam Antek ją napisał, za co cześć mu i chwała.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Polityka krajowaAntoni MacierewiczPrawo i Sprawiedliwość
Skomentuj