Grupa naTemat

Sześciolatki do szkół — absolutnie popieram!

Cenię społeczeństwo obywatelskie, dlatego autentycznie imponuje mi energia akcji "Ratuj maluchy" państwa Elbanowskich. Niestety całą tę akcję uznaję za wyjątkowo nietrafną, jej argumenty za obłudne, a jej cel za szkodliwy. Owszem, maluchy, choć wolę słowo dzieci, należy ratować. Ale przede wszystkim trzeba je ratować przed aktywistami akcji "Ratuj maluchy".

Akcji "Ratuj maluchy" towarzyszy niestety daleko posunięta histeria jej animatorów i najgłośniejszych zwolenników, głównie celebrytów. Oto bowiem wmawia się publice, że polskim dzieciom grozi jakaś niezwykła tragedia, że zła władza chce je narazić na jakieś gigantyczne niebezpieczeństwo i pozbawić dzieciństwa.

To od nas rodziców zależy los naszych dzieci, a my się nie zgadzamy na obowiązek szkolny dla sześciolatków, słyszymy. Cóż, od wielu innych rodziców, bardzo wielu rodziców też to zależy i oni są za. Czy zwolennicy akcji chcą powiedzieć, że są lepszymi rodzicami? Dlaczego? Bo popierają nierozsądną akcję?

Powinienem zacząć od podzękowań złożonych na ręce moich rodziców. Za to mianowicie, że wysłali mnie do szkoły gdy miałem sześć lat. Otóż z jakichś testów przeprowadzonych w przedszkolu wynikało, że geniusz raczej ze mnie nie będzie, że w szkole, już w pierwszej klasie będę musiał się naprawdę solidnie gimnastykować, by dorównać rówieśnikom. Na całe szczęście moi rodzice nie ratowali malucha, nie pogłaskali go po główce, zrelaksuj się Tomeczku jeszcze rok w przedszkolu, pobądź w domu, ale zdecydowali, że Lis musi brać byka za rogi.

Kwestia życiowej filozofii - jest przeszkoda, to trzeba ją pokonać, a nie szukać objazdu. Jest problem trzeba go rozwiązać, a nie przeczekać, są zaległości, trzeba je nadrobić, jest praca domowa - trzeba ją wykonać. Kosztowało to wiele trudu. Fakt, trafiłem na wspaniałą, mądrą wychowawczynię, która pozwoliła mi miękko wejść w szkołę i w nowe otoczenie. Fakt, moi rodzice nie pozostawili mnie sobie, ale pracowali ze mną. I oto cud, po roku, dwóch, biedny wcześniej sześciolatek przestał odstawać, różnice zniknęły. Po kilku latach pojawiły się świadectwa z paskami. I tak zostało.

Ale cóż, życie bywa ciężkie. Egzamin na medycynę, dziś mówię że dzięki Bogu, ale wtedy miałem inne zdanie, oblałem. I tu decyzja moich rodziców okazała się jeszcze bardziej zbawienna. Oto nie groziło mi wojsko. Miałem jeszcze pole manewru w postaci tego roku. Dziś akurat ten argument wyparował, ale wtedy naprawdę był istotny.

Wygrałem tamten rok. Nie marnowałem go na przedszkolne dyrdymały. Zakończyłem szczęśliwie ową przedszkolną edukację, w której najcenniejsza była umiejętność mieszczenia w ustach jak największej porcji wmuszanej w nas co ranek owsianki, którą potem mogłem wypluć do przedszkolnej toalety. Poszedłem do świetnej szkoły.

No dobrze, ale - mówią rodzice - nie wszystkie szkoły są do owego obowiązku szkolnego dla sześciolatków przygotowane. Nie wszystkie dzieci trafią do klas, w których będą na nich czekali wychowawcy tak wspaniali jak moja wychowawczyni. To jest problem realny. Ale w takim razie apeluję, by obrońcy maluchów swoją energię przeznaczyli na walkę z ministerstwem, by te przygotowania do wprowadzenia obowiązku były lepsze i dały lepsze efekty.

Nawiasem mówiąc szkoły, które są słabo przygotowane na naukę sześciolatków są też zwykle bardzo słabo przygotowane na edukowanie siedmiolatków. No to konsekwentnie, państwo ratownicy maluchów, przesuńcie szkolną inicjację na ośmiolatków, niech jeszcze się maluchy porelaksują u boku mamusi albo w przedszkolu. Po co rozwiązać problem, przecież można go odłożyć w czasie, prawda?

Gratuluję Państu Elbanowskim energii. Szkoda, że część tej energii muszą poświęcać na to, by bronić celebrytów, którzy ich popierają, przed wystąpieniem w telewizyjnym programie, w którym mieliby przedstawić swoje racje, a nie ograniczyć się do deklamowania parusekundowych, napisanych przez kogoś innego tekstów.

Czym wcześniej pójdą nasze dzieci do szkół, tym lepiej dla nich. Tym lepiej dla ich wiedzy. Tym lepiej dla tempa w jakim, tak, dokładnie, nauczą się rozwiązywać a nie omijać problemy. Rodzicie muszą w tym pomagać, czasem ślęcząc nad lekcjami, czasem stawiając ostro żądania wobec ministerstwa, stale moniturując to co dzieje się w szkole, jeśli trzeba wchodząc w zwarcie ze szkołą i nauczycielami. Wszystko po to, by problemy rozwiązać, a nie ominąć i odłożyć w czasie.

Nasza szkoła ma masę problemów. Nasz cały system edukacji też. Ale naprawdę całkowicie irracjonalne jest przekonywanie ludzi, że wielkim problemem jest perspektywa pójścia sześciolatka do szkoły. Bo nim nie jest. I opóźnienie tego o rok absolutnie żadnego problemu nie rozwiązuje.

"Ratujmy maluchy" - niech idą do szkoły!

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
PrawicaDzieciSzkołyEdukacja
Skomentuj