Moje pożegnanie z TVP

Za chwilę nadany może być ostatni program "Tomasz Lis na żywo". A może ostatni program już był nadany. Może ostatni będzie nadany w poniedziałek. Albo za tydzień. Nieistotne. Nadszedł czas podsumowań. Rozstaję się z TVP w poczuciu satysfakcji. I spełnienia. Program "Tomasz Lis na żywo", to wielki sukces, w każdym sensie, pod względem liczby widzów, pod względem dochodów z reklam.

Nie było łatwo. Mój program ukazywał się chyba w najtrudniejszym paśmie telewizyjnym. W Polsacie Megahit - najlepsze filmy fabularne. W TVN dobre lub bardzo dobre seriale, znane telewizyjne formaty - od "Szymon Majewski Show" przez  "Top Model", po "You Can Dance". W TVP świetne filmy dokumentalne, doskonałe filmy fabularne (cała seria Bond-ów), świetne przedstawienia teatralne. I przez te wszystkie lata, to właśnie "Tomasz Lis na żywo", z wyjątkiem kilku miesięcy, był niekwestionowanym liderem.


Od września mój program ma średnio 2 mln 100 tys widzów, ponad 100 tys widzów więcej niż rok temu. Gdy program ruszał, słyszałem, że nie ma absolutnie żadnych szans, by publicystyka polityczna mogła wygrać z komercyjną konkurencją. A jednak wygrywała. Miesiąc w miesiąc, rok w rok.

Przez tych osiem lat, w największych telewizjach w Polsce, ukazywały się różne programy publicystyczne. Pojawiały się i znikały. Dziś mało kto jest w stanie przypomnieć sobie nazwy tych programów i ich autorów. "Tomasz Lis na żywo" trwał. Spośród programów autorskich, tzn. takich, których kotwicą jest jedna, zawsze ta sama osoba, większą oglądalność miał tylko jeden program, "Sprawa dla reportera", mojej koleżanki Elżbiety Jaworowicz, której w tym momencie, z sympatią i szacunkiem, nisko się kłaniam. Stawiam jednocześnie dolary przeciw orzechom, że w przyszłości żaden publicystyczny program poświęcony polityce, nie będzie miał takiej oglądalności jak mój. Zakłady już przyjmuję.

Jednocześnie, w ostatnich latach, ja i mój program padliśmy ofiarą niezwykłej w swej intensywności, obrzydliwej, negatywnej propagandy. Czas, by odpowiedzieć na powtarzające się zarzuty.

1. "Lis ma oglądalność, bo jego program jest po "M jak Miłość"". Cóż, dobra oglądalność programu poprzedzającego nasz program nigdy nie szkodzi. Ale TLNZ nigdy nie był po "M jak Miłość". Był 16 minut po "M jak miłość". Może tzw. niepokorni dziennikarze, mają kłopoty z korzystaniem z pilota, ale normalny Polak ich nie ma. 16 minut, to całkiem sporo czasu, by posłużyć się pilotem. A potem widz miał jeszcze 50 minut, bo tyle trwał program, by z pilota skorzystać. Nie korzystał. Tzw. krzywe oglądalności wskazywały, że niemal zawsze program miał na końcu przynajmniej tylu widzów, co na początku.

Proszę nowe, oczywiście całkowicie apolityczne kierownictwo TVP, by na miejsce mojego programu, umieściło program jakiegoś niepokornego, najlepiej Pana Ziemkiewicza. To Ziemkiewicz uporczywie powtarzał tezę o tym, że moja oglądalność, to efekt "M jak Miłość". Pan Ziemkiewicz, za poprzednich rządów PIS, prowadził w TVP, w najlepszym czasie antenowym, program "Ring". Program polegał na tym, że co Ziemkiewicz pojawiał się w ringu, widzowie natychmiast wyłączali telewizory. Chciałbym więc, by Ziemkiewicz mógł zabłysnąć po "M jak Miłość." Dowie się, że niektórym nawet "M jak miłość"nie pomoże.

2. "Lis zarabia milliony z abonamentu", czytałem bez końca w internecie. Szanowny internauto. Nigdy nie zarobiłem ani grosza z abonamentu. W wypadku programów realizowanych przez producentów zewnętrznych byłoby to, poza wszystkim, wbrew prawu. Mój program, w ciągu prawie ośmiu lat, zarobił dla TVP grubo ponad 100 milionów złotych. Nie tylko nie zarabiałem więc dzięki abonamentowi, ale pomagałem, i to na wielką skalę, uzupełnić lukę w abonamencie.

3. "Lis zarabiał na swym programie 5 milionów rocznie".
Ok, czasem słyszę nawet o siedmiu milionach. To sumy całkowicie kosmiczne, zupełnie zmyślone. W rzeczywistości, dostawałem od TVP sumy wielokrotnie mniejsze. Ale nie były to pieniądze dla mnie i na mnie. Z tych pieniędzy musiałem opłacić kilkanaście osób, które program przygotowywały – producenci, researcherzy, kierownictwo planu, ekipy zdjęciowe, ludzie zajmujący się gośćmi, organizatorzy publiczności (mój program jest chyba jedynym w telewizjach, który za udział w programie publiczności nie płaci). Podawane sumy nie mają więc żadnego związku z rzeczywistością. Tak, dzięki programowi zarabiałem, tak jak zarabiała (wielokrotnie więcej) TVP. I co w tym złego?

4. "Program Lisa jest nieobiektywny. On zaprasza tylko swoich zwolenników", i to czytam. Bzdura. Przez prawie osiem lat, gdy tylko częścią programu była debata, zawsze zapraszałem przedstawicieli PIS-u. I zawsze, bez wahań, z zaproszeń korzystali. Przestali korzystać pond 3 lata temu, ale całkowicie bez związku z programem. Była to reakcja na tekst o ojcu Jarosława Kaczyńskiego, Rajmundzie, który ukazał się w "Newsweeku". Według moich źródeł w PIS (mam takie) powodem bojkotu było jedno zdanie, które ukazało się w tekście. Przytoczono tam słowa Pana Rajmunda Kaczyńskiego (potwierdzane przez świadków) - niech Bóg ocali Polskę przed moimi synkami narwańcami. Cóż, pan Rajmund najwyraźniej miał rację.

5. Wśród szczególnie odrażających zarzutów jest i taki, kolportowany masowo przez PIS-owskich trolli, o mojej rzekomej pogardzie dla widzów. W podrzucanych także w naTemat linkach widzą Państwo, nie przez przypadek, strasznie pocięte moje wypowiedzi. Dlaczego? Bo trzeba było ciąć, by moje wypowiedzi zmanipulować. Słyszą Państwo więc niezmiennie rzekomo moje słowa "ludzie nie są tacy głupi jak nam się wydaje, są dużo głupsi". No rzeczywiście, pogarda dla widzów.

Sęk w tym, że w oryginale mówię coś zupełnie innego : "kiedyś jak zaczynałem pracę w telewizji, było takie powiedzenie, co zabrzmi anegdotycznie - "ludzie nie są tacy głupi jak nam się wydaje, są dużo głupsi", niestety w mediach wielu traktuje te słowa poważnie". Prawda, że manipulacja jest ohydna? Również dobrze ktoś mógłby mnie zacytować, gdy mówię: "Według Hitlera Polacy to naród podludzi", po czym wyciąłby "według Hitlera" i zrobiłby ze mnie nazistę. W linku załączanym do wielu postów jest i inny fragment: "Gdyby nie internet, nie wiedziałbym, że jest tylu idiotów". Ok, tym razem pogarda dla internautów. Sęk w tym, że powiedziałem coś innego: "Stanisław Lem powiedział kiedyś, że gdyby nie internet, nie wiedziałbym, ilu jest idiotów". Rozumiem, że charakter podłej manipulacji jest już aż nadto czytelny.

6. Nieszczęsny tweet rzekomo Pani Kingi Dudy. 11 maja, w czasie programu, poczułem się bardzo źle. Byłem kilka tygodni po wielodniowych pobytach w szpitalach, dwóch w Amsterdamie, a potem w Warszawie. W czasie rozmowy z A. Kwaśniewskim czułem, że lada moment zemdleję. Resztką sił ciągnąłem jednak program. W czasie przerwy powiedziałem kolejnym gościom, by w razie gdybym przestał zadawać pytania, mówili sami. Realizatora zaś poprosiłem, by mnie nie pokazywał.

Czułem się strasznie, na pewno tak wyglądałem. Program, czego na szczęście nikt nie zauważył, skróciłem o 6 minut. W tym czasie na Woronicza jechała już karetka. Chwilę potem wylądowałem na kardiologii w szpitalu MSW na Wołoskiej. Lekarze, podobnie jak w wypadku poprzednich pobytów w szpitalach, kategorycznie odradzali mi prowadzenie programu w tym stanie zdrowia. Jak poprzednio, podpisałem dokument o wypisaniu mnie ze szpitala na moją prośbę. Mojej producentce powiedziałem wtedy krótko : "Zaproś kogo chcesz, ale nie możesz fundować mi konfrontacji na antenie, bo, ich zdaniem, skończy się to tragicznie". Trzecim gościem w programie był pan Tomasz Karolak.

Tuż przed jego pojawieniem się na antenie, moja producentka powiedziała mi, że Karolak chce mówić o jakimś wpisie Kingi Dudy na Twitterze. Dosłownie sekundy przed programem, jeden z moich współpracowników podał mi kartkę, z rzekomym wpisem Pani Dudy. Gdy Karolak zaczął mówić o sprawie, sięgnąłem po karteczkę i przeczytałem treść rzekomego tweeta. Po czym dodałem, że to co mówi albo czego nie mówi młoda osoba nie ma znaczenia. Tuż po programie poinformowano mnie, że wpis jest fałszywy. Natychmiast na Twitterze panią Kingę Dudę przeprosiłem.

Następnego dnia, z własnej woli, nikt ode mnie tego nie żądał, pojechałem do TVP Info, gdzie na żywo przeprosiłem kandydata Dudę i jego córkę oraz poprosiłem, by moje przeprosiny nadano w głównym wydaniu "Wiadomości". Zaraz potem dowiedziałem się, że Pan Andrzej Duda będzie gościł w siedzibie RASP, czyli wydawnictwa, które wydaje m.in. "Newsweeka". Skorzystałem wtedy z okazji, choć i tu nikt mnie do tego w żaden sposób nie nakłaniał, by kandydata przeprosić osobiście, i gorąco poprosić go o przekazanie przeprosin jego córce. Z całym szacunkiem, nie sądzę, by była to postawa w polskich mediach standardowa. Nawiasem mówiąc, fałszywe konto Pani Kingi Dudy funkcjonowało na Twitterze przez wiele tygodni. Ani kandydat ani jego sztab nie usunęli go, choć jest to proste. Rozumiem, że ktoś miał wpaść w pułapkę.

Padło na mnie. Trudno. Za tę swoją pomyłkę, choć w istocie nie była to moja pomyłka, idące pod rękę z PIS-em SDP, "uhonorowało" mnie tytułem "Hieny roku". Oj, lepiej poczytaliby obrzydliwe i podłe teksty tzw. "niepokornych". Ale ok, Lis może być hieną.

Już nigdy nie będę w telewizji rozmawiał z prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Ostatni raz dostąpiłem tego zaszczytu w październiku 2011 roku, 13 dni przed poprzednimi wyborami. Mój cel był prosty - zmusić prezesa Kaczyńskiego do odkrycia się. Udało się. Całkowicie. Kaczyński był arogancki, butny, w swych wypowiedziach wybitnie bezczelny. Zgodnie z przewidywaniami prawicowi dziennikarze orzekli po wywiadzie, że Kaczyński mnie zmiażdżył. Dopiero po wyborach zaczęli pisać, że "pójście do Lisa było koszmarnym błędem - w tym momencie PIS przegrało wybory". Nie ukrywam, odsunięcie o kilka lat PIS-owskich rządów w Polsce, jeśli rzeczywiście w tym pomogłem, uznawałbym za jeden ze swych największych zawodowych sukcesów.

Program "Tomasz Lis na żywo" to prawdziwy sukces. Prawdziwym sukcesem było wcześniej stworzenie "Faktów". A później stworzenie "Wydarzeń" w Polsacie. A później stworzenie, także w Polsacie programu "Co z tą Polską". A później uratowanie tonącego tygodnika "Wprost". A później wydźwignięcie tygodnika "Newsweek", który już za moment może się okazać tygodnikiem numer jeden w Polsce. Jeśli już nim nie jest. Podobnie jak sukcesem jest portal naTemat. Nie byłoby żadnego z tych sukcesów bez całej rzeszy fantastycznych, zdolnych, ambitnych ludzi, z którymi miałem zaszczyt współpracować. Nisko im się tutaj kłaniam.

Przy okazji powiem też, że nie zamierzam przepraszać za to, że w czasie ćwierćwiecza swojej pracy dziennikarskiej, udało mi się przeprowadzić wywiady z najważniejszymi postaciami polityki i nie tylko polityki naszego świata. Bill Clinton, George Bush senior, George Bush junior, Hillary Clinton, Colin Powell, Condoleezza Rice, Tony Blair, Gordon Brown, Icchak Rabin, Szymon Perez, Benjamin Netanyahu, Michaił Gorbaczow, Dmitrij Miedwiediew, Dalajlama. To fragment długiej listy.

Program "Tomasz Lis na żywo" przechodzi do historii. Ale ja nie zniknę. Za chwilę, o tej samej godzinie, także w poniedziałek, pojawię się gdzie indziej. Zdążę Państwa poinformować gdzie. Za chwilę, jak słyszę, szefem TVP, rozumiem, że w ramach jej odpolityczniania, zostanie Pan Jacek Kurski. To on ma sprawić, że TVP zostanie zamienione w TVPIS. Od ponad 25-ciu lat znam Pana Jacka Kurskiego.

I- choć to perwersyjne - niezależnie od jego podłych politycznych zagrań, prywatnie go lubię. Pozwolę sobie więc w tym miejscu zwrócić się do niego osobiście: – Jacku, nie idź tą drogą, stanowisko prezesa, służbowe auto, pieczątka i służbowa karta kredytowa to nie są dobre ekwiwalenty przyzwoitości. Chcesz się dowiedzieć jak zachowuje się człowiek przyzwoity - spójrz na swego brata.

"Tomasz Lis na żywo" znika. "Lis na żywo" będzie trwał. Nikt nie zamknie ust Polakom. Nikt nie zamknie ust mi. Do zobaczenia.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
TVPTomasz Lis
Skomentuj