Grupa naTemat

Prezydencie, pobudka!!!

Jeszcze nigdy w politycznej historii tak wielkiego zainteresowania nie budziły wybory, których wyniki wszyscy znają. Wybory prezydenckie w roku 2015 wygrał Bronisław Komorowski. A teraz poekscytujmy się trochę kampanią wyborczą.

Wybory zorganizowane są po to, by uzyskać odpowiedź na pytanie "kto" – kto będzie rządził. U nas wybory dadzą wyłącznie odpowiedź na pytanie "jak" – nie, jak zwycięzca będzie rządził, ale jak zwycięzca wygra oraz jak pokonani przegrają.


Szukanie odpowiedzi na pytanie "kto" jest zdecydowanie bardziej ekscytujące, niż szukanie odpowiedzi na pytanie "jak". Ale skoro wiemy kto, to pozostaje nam "jak", czyli odpowiedzi na pytanie, której nie znamy. Tym bardziej, że nie są to odpowiedzi bez znaczenia.

Do wyścigu prezydenckiego nie stanął żaden poważny rywal prezydenta – lider partii, bo wszyscy oni uznali, że są zupełnie bez szans. Rejterada partyjnych liderów była sama w sobie wielkim sukcesem prezydenta Komorowskiego. Wystraszyć wszystkich – to jest coś. Gdy to już nastąpiło, prezydent uznał, że "jest pozamiatane". Jest i nie jest.

Mam wrażenie, że prezydent i jego ludzie kompletnie nie docenili teatralnego aspektu polityki. I mówiąc teatralnego, wcale nie chcę manifestować lekceważenia tego aspektu. Wybory to konkurs, konkurs to osobowości, osobowości to rywalizacja, rywalizacja to emocje, emocje to czasem niekontrolowana dynamika zdarzeń.

Gdy jest konkurs, kandydaci stają na głowie, by wkraść się w łaski jury. A w wyborach, jury to my wszyscy. Niektórzy kandydaci robią to lepiej, inni gorzej, jedni mądrzej, drudzy głupiej. Ale równie ważne jak to robią, jest to, z jakim zaangażowaniem to robią. Można kpić z nakręconych kandydatów PiS czy SLD, wykrzykujących na konwencjach jakieś dyrdymały. Ale oni przynajmniej się starają. A ich czasem kuriozalne starania stają się mniej kuriozalne, gdy kontrapunktem do ich krzykliwych występów są prezydenckie banały.

Do wyborów zostały dwa miesiące, a Bronisław Komorowski nie zrobił nic, by pokazać, że naprawdę mu zależy na naszych głosach. I niewiele wskazuje na to, że jest w stanie wykrzesać z siebie choć odrobinę pasji. Nie idzie o żadne pajacowanie, ale o jakąś elementarną energię.

Na razie bowiem zamiast zastrzyku energii, prezydent funduje nam zastrzyk pawulonu. Jak wiadomo, lek ten powoduje wiotczenie mięśni. W wypadku wyborów - ze szczególnym uwzględnieniem mięśnia sercowego. Jeśli to się nie zmieni, prezydent zapłaci za to wysoką cenę. Nie cenę prezydentury, ale cenę własnego prestiżu.

Druga tura nie byłaby żadną klęską prezydenta, ale byłaby jednak jego porażką, oczywistą w sytuacji, gdy wiadomo, że jego pragnieniem jest zwycięstwo w turze pierwszej. A w drugiej turze Komorowski nie spotkałby się z żadnym politycznym gigantem, ale z praktykantem z PiS, wyciągniętym jak królik z cylindra przez prezesa Kaczyńskiego.

Już sam wyścig z Dudą umniejszałby Komorowskiego. A debaty z Dudą wcale nie musiałyby być proste. Kandydat PiS wydaje się skłonny wypowiedzieć każdą, nawet najbardziej demagogiczną opinię. W debacie nie zawsze jest czas, by wyjaśnić, dlaczego bzdura jest bzdurą. Rozsądek w dwuminutowych wypowiedziach nie musi zatryumfować nad tupetem.

Gdyby więc doszło do drugiej tury, Duda mógłby w niej zdobyć nawet ponad 40 procent. Może nie 47, raczej 41, 42, ale jednak. Pozycja prezydenta, który musiałby się solidnie napocić, by wygrać z Dudą, byłaby o wiele słabsza niż dzisiaj. To wydaje się oczywiste. Ale nie jest oczywiste, gdy patrzy się na prezydenta i jego ludzi.

Ciepło się robi. Czas obudzić się ze snu zimowego. Koniec z hibernacją. Nie z troski o prezydenta to piszę, ale z troski o nas wyborców. Grozi nam bowiem coraz bardziej śmierć. Z nudów. Ale wielu wyborców jeszcze przed śmiercią może się za ten wyrok na prezydencie zemścić.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Wybory
Skomentuj