Grupa naTemat

Gdybym miał te taśmy

Od wielu dni słyszę pytanie: co byście zrobili jakbyście mieli te taśmy? Prawidłowa odpowiedź na to pytanie w epoce moralnego szantażu, wzmożenia emocjonalnego i w nastroju zdominowanym przez egzaltację, brzmi - dalibyśmy do druku, wszystko co się da.

Staram się jednak nie ulegać ani szantażom, ani nastrojom, ani wzmożeniom i pytanie potraktuję nie jak test moralności, ale jak wyzwanie dla rozumu. Czyli poważnie. Tym bardziej, że kwestia jest i poważna i bardzo trudna.


Po pierwsze chciałbym wiedzieć, kto nagrywał i jakie ma intencje. Bo dość powszechna w tych dniach formułka - nieważne kto nagrywał, ważne co jest na taśmach - jest intelektualnie wybrakowana. Oczywiście ważne jest jedno i drugie. A więc kto nagrywał i dlaczego? Dlaczego chce opublikować te nagrania teraz. Dlaczego przyszedł do mnie? Czy to, co mi oferuje to całość nagrań czy część? Jeśli część, to kto dysponuje resztą? Dlaczego reszty nie udostępnił? Kiedy może to zrobić?

To pytania szalenie ważne. Poważne dziennikarstwo, jakiekolwiek dziennikarstwo, odpowiedzi na takie pytania wymaga, wręcz ich żąda. Bez poszukiwania odpowiedzi na takie pytania dziennikarstwo staje się nie tylko kulawe, ale staje się dziennikarstwa zaprzeczeniem.

W ostatnich dniach wiele słyszę całkiem megalomańskich stwierdzeń o tym, jak to dziennikarska robota doprowadziła do ujawnienia prawdy o tym, jak funkcjonuje państwo. Uprzejmie poproszę jednak o wskazanie, w którym dokładnie punkcie mówimy tu o dziennikarskiej pracy. Spisywaniem nagrań zajmują się, z całym szacunkiem dla ich wysiłku, panie i panowie stenotypiści. Ale z jakichś powodów dziennikarzami ich nie nazywamy.

W ostatnich dniach słyszę też o aferze na skalę Watergate. Przykro mi to powiedzieć, ale takie banialuki mogą nam fundować wyłącznie ludzie, którzy albo ulegli niezdrowej ekscytacji, albo nie mają zupełnie elementarnej wiedzy. Albo jedno i drugie. Watergate? Halo! Tam mieliśmy ponad dwuletnie śledztwo dziennikarskie. Podkreślam - dziennikarskie śledztwo, a nie publikowanie zapisów z Polskich Nagrań.

Głębokie gardło podsuwało dziennikarzom tropy, ale całą pracę wykonali oni. Nawiasem mówiąc, nagrań dokonywano na zlecenie prezydenta Nixona. I jeszcze jedno. Jak mówi znana prawda o aferze Watergate - it wasn't Watergate itself, it was the cover up. Nixon upadł bardziej wskutek tuszowania dowodów swej niecnej działalności, niż wskutek opublikowanych informacji.

Żadne więc Watergate. I żadne Pentagon Papers. Tam pracownik Departamentu Obrony wykradł i zaniósł do redakcji New York Timesa raport Pentagonu o wojnie w Wietnamie. Tajny, ale oficjalny raport, a nie nagrania z nielegalnych podsłuchów.

Jeśli więc charakter afery taśmowej możemy do czegoś porównać, to nie do Watergate, i nie do Pentagon Papers, ale do całkiem niedawnej afery z tabloidem News of The World. Redakcja zakładała nielegalne podsłuchy, a potem, pozyskane w ten sposób informacje wykorzystywała. Analogia oczywiście jest niepełna - nie mam rzecz jasna żadnej wiedzy, by z nagrywaniem miał w tym wypadku do czynienia ktokolwiek z Wprost.

Ale w jednym, całkiem zasadniczym punkcie, analogia jest pełna. Mamy do czynienia z publikowaniem zapisów rozmów z nielegalnych podsłuchów. Rzeczpospolita napisała, że według pracownika restauracji, Łukasza M, zlecenie na nagrania dał mu Piotr Nisztor. Informacja nie jest potwierdzona. Ale Pan Nisztor występuje jako współautor tekstu. Jeśli informacja by się potwierdziła, mogłoby się okazać, że analogia z News of The World jest całkiem bliska.

Przypomnijmy tylko. Gazeta w efekcie swego procederu, który zapewnił jej "newsy" i wzrost sprzedaży, upadła. Dwie osoby, Andy Coulson i była naczelna, Rebekah Brooks, są na ławie oskarżonych...

Według nieoficjalnych informacji, redakcja Wprost dostała pierwsze nagrania w zeszły czwartek, czyli dzień przed zamknięciem numeru. Jeśli wierzyć redaktorowi Latkowskiemu, najnowsze nagrania redakcja dostała w czwartek. Dwa czwartki. Jeśli w istocie tak było, timing był z punktu widzenia dysponenta nagrań, perfekcyjny. Dość czasu, żeby zdesperowany zespół, gotowy opublikować sensacje jak najszybciej, zdążył spisać i wydrukować, co się mu podrzuca. Za mało na jakąkolwiek dziennikarską pracę.

Nawiasem mówiąc redaktor Latkowski i jego podwładni bardzo narzekali na środowej konferencji prasowej, że akcja prokuratora i ABW, "ukradła" im jeden dzień bezcennej pracy. Z deklaracji redaktora Latkowskiego o tym, że nowe nagrania dostał w czwartek, wynika jednak, że prawdziwa robota, oczywiście robota stenotypistów, mogła się zacząć dopiero w czwartek. Ot, taki drobiazg.

Jeśli, i trzymam się tu założenia, że redaktorowi Latkowskiemu wierzę, rzeczywiście materiały dostał w czwartek, to muszę też wyciągać z tego logiczny wniosek. Oto prawdziwym redaktorem naczelnym Wprost nie jest teraz redaktor Latkowski, lecz szef studia nagrań. O tym, co się ukazuje w gazecie, o tym jakie ona publikuje sensacje, w największym stopniu decyduje właśnie on. Przecież już wie, że co podrzuci, to dadzą do druku. Powściągnąłbym więc tryumfalny ton i słowa o efektach "naszej dziennikarskiej pracy". Gołąb pocztowy nie jest autorem listu. Jest doręczycielem.

Wracając do pytania zasadniczego. Co bym z takim nagraniem zrobił? Jeśli chcę być dziennikarzem, a nie paserem złodzieja treści prywatnych rozmów, które je nagrywał, muszę wykonać dziennikarską pracę. Nie ma więc mowy wyłącznie o spisywaniu i drukowaniu. Mam obowiązek na przykład sprawdzić ,czy deal między panem Belką a Sienkiewiczem był czy nie. Czy miał charakter pozakonstytucyjny czy nie.

Muszę skontaktować się z "bohaterami" nagrań. Muszę zażądać od premiera zapoznania się z nimi i ustosunkowania się do nich. Jeśli tego nie zrobię, nie jestem dziennikarzem, jestem co najwyżej chłopcem na posyłki. I powtarzam - MUSZĘ poszukać, a najlepiej znaleźć odpowiedź na pytanie, kto nagrywał, jakie były jego motywy i jakie są jego intencje.

I dokładnie taką pracę bym zlecił. Premier ma prawo odmówić. Nagrywani też. Ale to już ich problem. Wyjaśnienie najważniejszych wątków rozmowy należy do redakcji. Znalezienie informacji kto nagrywał i dlaczego też. To zrobić musimy. A gdy już zrobiliśmy, możemy publikować to, co mamy, dokładniej - to, co jest ważne.

Musimy to zrobić w ten sposób, bo w innym przypadku musi się pojawić pytanie nie tylko o etyczne, ale także prawne współsprawstwo w przestępstwie. Musimy tak zrobić, by uczynić zadość fundamentalnym standardom dziennikarskim, a nie by im zaprzeczyć, by je złamać i podeptać.

Prokurator i funkcjonariusze ABW uczynili redakcji Wprost wielką przysługę. Sami założyli redaktorowi Latkowskiemu szaty obrońcy wolności słowa. Ale kompromitacja wysłanników państwa absolutnie nie unicestwia stawiania kwestii, od rozstrzygnięcia których zależy czy dziennikarstwo w Polsce zostanie ocalone, czy też stanie się parawanem dla cynicznych działań ludzi, dla których dziennikarstwo jest wyłącznie zabawą. Formą uczestniczenia w życiu publicznym na warunkach nie do zaakceptowania w normalnym demokratycznym kraju - bez jakiejkolwiek odpowiedzialności, z wszelkimi prawami i wszelkimi immunitetami.

Bez wykonania takiej pracy jakikolwiek sens traci nie tylko słowo dziennikarstwo, ale także dwa inne ważne hasła. Dziennikarska tajemnica i ochrona źródeł informacji. Dziennikarska tajemnica nie oznacza prawa do trzymania w tajemnicy informacji o przestępcach, ochrona źródeł zaś, naprawdę nie oznacza ochrony przestępców.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Polityka krajowaRządAfera taśmowa w POPlatforma Obywatelska"Wprost"
Skomentuj